Jak smakuje DOM?

Dzieci moje są ostatnimi czasy wprost bezczelnie rozpuszczane przez dziadków. Jako, że brat mój jedyny „bonusów” nie chce mieć i nic niestety w najbliższym czasie się nie zapowiada a pan mąż to jedynak w czystej postaci (to jest chodzący stereotyp jedynaka, serio!) to też moje dzieci są jedynymi wnukami swoich dziadków. A że, jak wiadomo powszechnie dziadkowie są od rozpuszczania a nie od wychowywania to też rozpuszczają mi dzieci do granic możliwości. W tym roku po raz pierwszy moje dzieci wakacjują się razem z dziadkami. Najpierw z jednymi prawie 9 dni a teraz z drugimi kolejny tydzień. A ja matka dziwaczna raz nie mogę doczekać się kiedy sobie pojadą a już dnia następnego czekam kiedy wrócą. Ot matczyny mózg działa jednak inaczej.

I taki też właśnie los mnie ostatnio spotyka, że siedzę i tęsknię za tymi moimi dwoma potworami. Myśli w głowie kołaczą się absurdalne z jednej strony ale męczące z drugiej. Włącznie z takimi, że jednak może u dziadków im lepiej. Bo przecież babcia daje paróweczki na śniadanie i codziennie kinderkę na deser a matka każe jeść cukinię, sałatę i inne szpinaki a na deser podaje zdrowe domowe ciasto zamiast kupnego deserku w biało-brązowych opakowaniach. Wiecie przecież po wcześniejszych wpisach, że nie jestem vege, ani bio. Ot tak staram się nieco uzdrowić dietę całej rodziny. Rozum mi podpowiada, że robię dobrze ale serducho mówi, że przecież smak ważny i rozpusty trochę dzieciakom potrzeba. Pozwalamy więc sobie na rytualne sobotnie pankejki w stu rożnych wersjach, na kawałek serniczka i lody.

Kiedy dziecię moje przez telefon smutnym głosem mi mówi, że fajnie nad tym morzem z dziadkami, ale tęskni już za mną i swoim łóżkiem wygodnym to serducho rozpada mi się na kawałki. Jak mogłam wysłać to moje dziecię na tyle dni, przecież to taki maluch jeszcze. Czuję też tą radość, że moje dzieci już teraz czują gdzie jest ich DOM. Ten dom prawdziwy, rodzinny. Nie budynek, nie ściany ale ich rodzina, ich azyl i miejsce na ziemi. To dzięki takim słowom moich łobuzów widzę, że jest warto. Warto jest sprzątać w piątkowe popołudnia, żeby dzięki temu sobotnie poranki spędzać razem w łóżku, oglądając bajki, biegając w piżamach do południa i urządzać sobie w łóżku rodzinne śniadania. Warto jest przez tydzień dobierać kocyki do pokoju dzieci, żeby później zobaczyć jak po wakacjach biegną i tulą się do nich, jak wołają radośnie „moje łóżeczko” i nie chcą z nich wychodzić przez kilka godzin. Warto jest szukać złotego środka, balansu pomiędzy tym co zdrowe a tym co przyjemne w codziennym życiu. Warto też w końcu odpuścić czasami i stać godzinę w sobotę przy kuchni smażąc kolejną porcję pankejków dla małych głodomorów.

Tak. Pankejki… Kiedy ostatnio moje dzieci po tygodniu wróciły do domu, już od progu słyszałam „mamooooo zlób nam pankjejki, plosę!!” I żadne tłumaczenia nie poskutkowały, że przecież placki to są na sobotnie śniadania, że może jednak cukinia z pomidorami będzie lepsza. Nie! Wymiękłam, kiedy Nina zawołała: „mamo, w naszym domu pankejki smakują najlepiej na świecie, no proszę!!” I tak oto matka na szybko ukręciła trochę ciasta na te placki puszyste co to mają u nas magiczną moc. A później radowała oczy patrząc jak na jej świeżo wypranej pościeli lądują kolejne okruszki placuszków i cukru pudru. Tak. u nas DOM  smakuje pankejkami.

Zdałam sobie sprawę z tego, że już teraz moje dzieci czują smaki domu. Już teraz mamy dania, przypisane do nas, do naszej rodziny. Takie rytualne posiłki, które smakują tak dobrze tylko u mamy. Zastanowiłam się też przez chwilę jak smakował mój rodzinny dom. Smakował pierogami leniwymi mojej mamy. Takimi wyjątkowymi, bez ziemniaków, smażonymi na patelni. Z chrupiącą skórką, posypane cukrem cynamonem i polane śmietaną. I o dziwo wcale nie było to danie, które gościło u nas często. Powiem nawet, że były bardzo rzadko, ale jednak takich pierogów nie jadłam nigdzie indziej. Są jeszcze zupa grzybowa na kwasie z kapusty (uwierzcie mi próbowałam w najróżniejszych restauracjach i u różnych ludzi ale takiej jak moja mama nie robi nikt) i tort węgierski, najlepszy w całej rodzinie. A czym smakuje Wasz dom?

 

Ps. puszczam Wam kolejny już przepis na pyszne pankejki. Te są ulubionymi placuszkami Niny. Ona woli takie mniej puszyste i „biszkoptowe” a bardziej wilgotne.

Pankejki (lub pancakes jeśli wolicie) na jogurcie

1,5 szklanki mąki (robiłam już z różnych mieszanek mąk, pszenna + razowa, pszenna + orkiszowa, owsiana, kokosowa. nie róbcie tylko z żytniej bo będzie za kwaśne, a razowe mąki mieszajcie pół na pół z pszenną bo inaczej placuszki wyjdą ciężkie)

2 łyżki słodzidła (cukier/ksylitol/stewia czy co tam używacie)

400 gr jogurtu greckiego (lub naturalnego zwykłego tylko wtedy mniej mleka)

2 łyżeczki sody oczyszczonej

2 jajka

szczypta soli

mleko – i tu ilość jest uzależniona od rodzaju mąki jaką daliście, czy tez jogurtu. Około 1/4 szklanki a później na oko. Ciasto ma być dość gęste. Takie do kładzenia łyżką.

Wszystko mieszamy dokładnie rózgą kuchenną. Smażymy na suchej patelni lub przesmarowanej ciniuteńko (ja używam pędzelka do tego) olejem lub masłem klarowanym. Na druga stronę przewracamy jak zaczną robić się pęcherzyki powietrza.

Czas potrzebny na wykonanie 5 minut, czas na smażenie hm…. to zależy jak duża masz patelnię.

PS. posmakuj na samym poczatku, zanim skończysz smażyć to może nic już nie zostać 🙂