„Każdy ma jakiegoś bzika…” – nowy cykl na blogu.

„Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma…”

Zaczynam nowy cykl na blogu. Cykl znany Wam na pewno z wielu innych stron i blogów. Sama bardzo lubię czytać właśnie takie posty u innych blogerów. Czerpię wiele inspiracji z nich, często próbuję nowych rzeczy, nowy dań czy też odwiedzam nieznane mi dotąd miejsca. Postanowiłam zatem, że i ja będę się z Wami dzielić moimi bzikami w minionym miesiącu. Będzie to totalny misz masz wszystkiego co było u mnie na topie przez minione 30 dni. Czasami chcę Wam coś pokazać, coś drobnego, co nie koniecznie wymaga całego postu. Wrzucam zdjęcie na instagramie lub krótki post na Fejsie. Chciałabym jednak, żebyście z łatwością mogli korzystać też z tych inspiracji w późniejszym czasie bez konieczności szukania na tablicy FB.  Dlatego właśnie wraz z końcem/początkiem kolejnego miesiąca będę robiła takie mini podsumowanie.

1. Balkonowe zmiany

O zmianach na moim balkonie pisałam Wam już kilkukrotnie. Wraz z pierwszymi promieniami słońca wprost oszalałam na punkcie tego małego niepozornego miejsca w naszym domu. Znam wszystkie sklepowe gazetki z ofertą balkon/ogród, wiem kiedy w biedronce będą nowe dodatki balkonowe, które meble ogrodowe są przecenione w jysku i kiedy jest nowa dostawa roślinek w Obi. Mąż pieje ze mnie każdego ranka kiedy z uporem maniaka wystawiam po raz kolejny roślinki na balkon i codziennie wieczorem pyta czy „kwiatki wróciły już ze spaceru”. Podlewam, przesadzam, kupuję kolejne worki ziemi i od miesiąca czytam o pikowaniu sałaty i pnączach na południowy balkon. Sama nie wiem kiedy się tak wkręciłam. Co więcej – miłością do balkonowych kwiatków zaraziłam też moje dzieci. Każdego dnia wyglądają czy wyrosły nowe listki na krzaczkach malin i czy nasze kiwi na pewno odżyje po drobnych perturbacjach. Nawet mąż już wie, że nie musimy kupować nowej lampy do salonu (choć stara koniecznie wymaga wymiany) ale doniczka do truskawek musi być! Balkon to zdecydowanie mój bzik numer 1 w kwietniu i obawiam się, że w kolejnych miesiącach też tak będzie.

2. Szczotkowanie ciała na sucho

O tym zabiegu czytałam już dawno dawno temu. Nigdy jednak nie było mi po drodze. Nie miałam szczotki, nie mogłam znaleźć czasu i generalnie wydawało mi się to po prostu bez sensu. No bo co niby ma dać czesanie skóry bez żadnego balsamu, kremu czy oliwki. Jakiś czas temu, przy okazji zakupów w Rossmanie natrafiłam na szczotkę w promocyjnej cenie. Wrzuciłam chyba od niechcenia do koszyka. W domu przeleżała kolejny tydzień albo dwa aż postanowiłam spróbować co z tego wyjdzie. Pierwszy moment nie był zbyt komfortowy. Szczotka wydawała się szorstka a sama czynność masowania dość żmudna. Musicie wiedzieć, że w kwestii dbania o urodę to ja jestem kompletnym ignorantem. Niby wiem, że trzeba ale nie lubię tego robić. Szkoda mi czasu na wklepywanie kremu trzy razy dziennie, masowanie ud antycellulitowymi balsamami czy robienie codziennie maseczek na twarz i włosy. Nie lubię siedzieć godzinami w wannie i nie relaksuję się u kosmetyczki. To są raczej czynności konieczne ale z tych średnio przyjemnych jak dla mnie.

Wracając do szczotkowania. Wieczorem usiadłam na kanapie włączyłam ulubiony serial (o nim zaraz, bo jest kapitalny) i masowałam skórę. Nie przykładałam się do tego jakoś specjalnie mocno. Ot. masaż okrężnymi ruchami w kierunku serca. Sama szczotka okazała się bardzo wygodna. Jest mała, dzięki czemu mieści się w dłoni i porusza się nią zdecydowanie lżej niż dużą szczotką z rączką. Nie jest zbyt ciężka i do tego te gumowe wypustki okazały się fajnie masować. Tak nie wiem kiedy przy tv zleciało mi pół godziny masowania. Po skończonym zabiegu (czy też skończonym odcinku serialu) dotknęłam mojej skóry i …przepadłam. Nigdy wcześniej, nie miałam tak gładkiej i delikatnej skóry. Serio! nawet po moim ukochanym pilingu kawowym nie ma takiego efektu. Skóra jest mięciutka, i odprężona. Mam wrażenie że milion razy lepiej chłonie wtedy wszystkie kremy i balsamy. Dziś jestem uzależniona od tego uczucia – idealnie miękkiej i gładkiej skóry. Do tego po kilku masażach sam zabieg okazuje się bardzo relaksujący a i męża udaje mi się zachęcić do pomocy przy masażu pleców…

3. Maseczka z węgla – czyli ratunek dla mojej twarzy.

Jak już pisałam Wam wyżej ja na prawdę nie lubię wszelkiej maści mazideł, maseczek kremów i innych cudów na kiju. Jeśli już tracę pieniądze na kosmetyki to jednak będzie to właśnie dobry krem lub maska do twarzy. Kolorówkę kupuję najczęściej w sieciowych drogeriach i zdecydowanie ze średniej a nawet niskiej półki cenowej. Jeśli chcecie kiedyś pokażę Wam moje hity kosmetyczne za kilkanaście złotych, które sprawdzają się czasami lepiej lub bardzo porównywalnie do markowych kosmetyków. Wracając jednak do dbania o twarz. Moja cera jest bardzo problemowa. Niestety nigdy nie byłam szczęśliwą posiadaczką gładkiej skóry twarzy. Od wczesnej podstawówki miałam problemy większe i mniejsze aż do dni obecnych. Wiem jednak, że nawet maseczka czy krem za 1000zł nie zlikwiduje problemu. Problem tkwi gdzie indzie i jest w moim przypadku zdecydowanie bardziej złożony. Nie oznacza to jednak, że rezygnuję z używania zewnętrznych kosmetyków. Moja twarzy wymaga dwóch najważniejszych zabiegów. Porządnego oczyszczania i solidnej dawki nawilżenia. Masek oczyszczających przetestowałam wiele. Część z nich mnie uczuliła, inne podrażniły a po jeszcze innych nie widziałam kompletnie efektu. O maseczce z węgla dowiedziałam się chyba jako ostatnia. Kiedyś przypadkiem bratowa coś mi o niej wspomniała, później okazało się, że nawet mój mąż wie o niej sporo- wszyscy tylko nie ja! Szybko nadrobiłam zaległości, sporządziłam magiczną miksturę i okazała się rewelacją! Maska super oczyszcza. Daje uczucie świeżej czystej skóry.

Przepis na maseczkę z węgla

1 łyżka żelatyny

3-4 łyżki wody

4 tabletki węgla

wszystko mieszamy do rozpuszczenia się żelatyny i połączenia składników. Czarną maź nakładamy na twarz. UWAGA! omijajcie brwi i miejsce na czole gdzie zaczyna Wam się linia włosów. Ściągając maseczkę możecie się ich pozbyć! Nie nakładajcie także maseczki na skórę pod oczami. Maska jest zdecydowanie zbyt silna na tak delikatne miejsca. Proponuję też nakładać Wam kilka warstw maski, tak, żeby była nałożona dość grubo. Inaczej będziecie mieli problem przy jej ściąganiu. Ja maskę trzymam kilka minut, do czasu całkowitego jej zastygnięcia a następnie ściągam odrywając od skóry. Zabieg powtarzam raz – dwa razy w tygodniu.

4. Koktajle owocowo-warzywne

Jeszcze w styczniu pisałam Wam, że za nic w świecie nie potrafię najeść się koktajlem i że właściwie nie widzę większego sensu w ich spożywaniu. Ach jakże się myliłam! Przez ostatni miesiąc koktajle z warzyw, owoców i innych dodatków pokochałam miłością bezwzględną. W kwietniu takie koktajle dawały mi dodatkowego kopa energii i wprawiały w wiosenną aurę. Wielokrotnie też wrzucałam Wam na Insta fotki i przepisy na to co aktualnie piję.  Niebawem planuję cały post o moich 7 hitach wśród koktajli i tam podam wszystkie szczegóły. Dziś jednak zachęcam wszystkich, którzy jeszcze nie piją tych magicznych mikstur – koniecznie musicie spróbować! Nie dlatego, że to hit w sieci, nie dlatego, że zdjęcia ze szklanką zielonego koktajlu są trendy ani dlatego, że to takie fit i modne. Musicie spróbować, bo to jest po prostu obłędnie pyszne! Poprawia nastrój, dodaje energii lepiej niż czekolada i choć trochę wprowadza w wiosenno-letnią aurę, bo w tym roku na pogodę to chyba nie mamy co liczyć. Do takiego koktajlu możecie dodać wszelkiej maści płatki, otręby, ziarna, bakalie, sezam, kaszę jaglaną, kakao, wiórki kokosowe i całą masę innych dodatków dzięki którym taki kubek czy tez hipsterski słoik koktajlu to po prostu porządny pełnowartościowy posiłek.

5. Zabójcza broń

Musze się Wam do czegoś przyznać. Lubię czasami takie mało ambitne rozrywki. Wiem, że to niezbyt modne i mało wychowawcze. Wieczorami powinnam przecież czytać ambitne książki najlepiej w obcych językach. Ja jednak czasami po ciężkim dniu, kiedy mój mózg pracuje na pełnych obrotach kompletnie nie mam ochoty na wysilanie się i pochłanianie kolejnych pozycji literackich (co nie oznacza, że nie czytam książek! żeby nie było). Naszym małżeńskim rytuałem stało się jakiś czas temu wspólne oglądanie filmów i seriali. Sezon jesienno-zimowo-wiosenny zdecydowanie sprzyjał zaszyciu się w łóżku i gapieniu w TV. Nadrobiliśmy kinowe zaległości i przepadliśmy pochłaniając kolejne odcinki rożnych seriali. W oczekiwaniu na następny sezon mojego ulubionego House of cards (już nie mogę się doczekać aż Netflix wrzuci kolejne odcinki) mąż postanowił uraczyć mnie serialami kryminalnymi. Kiedy to włączył pierwszy odcinek Zabójczej broni kręciłam nosem. Przez mgłę pamiętałam filmową wersję i byłam niemal pewno, że to będą nudy straszne. I tu kolejny raz byłam w błędzie. Ten serial zdecydowanie mnie pochłonął. Lekka, dobrze znana wszystkim fabuła. Przeplatają się wątki psychologiczne, czasami rodzinne czasami romantyczne wszystko wymieszane z jakaś strzelaniną i kilkoma trupami w tle. Całość zrobiona jednak z tak fajną dawką humoru, że każdy odcinek mija zdecydowanie za szybko. Nie będę Was oszukiwać, nie jest to kino ambitne, nie ma skomplikowanych wątków ani historii, których nie możecie doczekać końca. Nie przebiło jak dla mnie HOC ani naszego rodzimego Belfra. Mimo wszystko wkręciłam się na max. Jeśli szukacie czegoś lekkiego, zabawnego na wieczór co wpadnie w oko tez Waszym facetom, mężom, kochankom czy innym typom gatunku męskiego to zdecydowanie polecam ten serial.

Na koniec wspomnę jeszcze o dwóch rzeczach, które pod koniec miesiąca zawładnęły moim sercem – szparagi i krem Dermedic Hydrain 3 Hialuro naprawczy krem na noc. Obydwie te rzeczy jednak zdecydowanie zasługują na osobny post, więc wyczekujcie niebawem!

  • Zaciekawiłaś mnie tym szczotkowaniem 🙂 Ja dostałam pod choinkę taką do twarzy na baterie, używam z mleczkiem do twarzy i też super efekty 🙂

  • Karolina

    Witaj kochana, ja też mam parę „nowych bzików” ☺ inspirując się Tobą ogarnęłam mój mikrobalkon 😊 na ziemi mięciutka sztuczna trawa, piaskownica dla synka oraz mięta w doniczkach i wisząca truskawka. Co do zdrowia to oszalałam na punkcie nasion chia z mlekiem kokosowym, owocami i granolą oraz ziołowych herbatek ☺. Jeżeli zaś o urodę chodzi to od dłuższego czasu jestem wierna olejkom. Również mam problematyczną cerę czyli krostki plus przesuszenie. Polecam olej z wiesiołka i z nasion malin (naturalny filtr uv).

    • PiernikowaJ

      Cieszę się, że dodałam odrobinę inspiracji od siebie 🙂 jestem pewna, że Twój balkon wygląda pięknie 🙂 Ja mam problem właśnie z tym puddingiem chia, jakoś to chyba nie moja bajka, wydaje mi się być za ciężki, za tłusty i jakiś taki mdły. Może z musem cytrynowym jeszcze spróbuję go zrobić. Herbatki ziołowe też uwielbiam, właściwie nie pijam innych. Najbardziej lubię czystek i szałwię. A olejowanie mi osobiście szkodzi, albo jeszcze nie znalazłam odpowiedniego oleju. Mam wrażenie, że olej raczej wysusza mi skórę, chociaż fakt, że tego z nasion malin nie miałam jeszcze