comfort food

Moje jesienne comfort food.

Bo z tym jedzeniem to jest tak, że niby wiemy, że nie żyjemy po to by jeść. Ale żeby tak jeść tylko po to by przeżyć? Bez sensu. Wówczas można by cokolwiek włożyć do ust, byle zdrowe było. Ale, że jak?, że tak bez rozkoszowania się? bez zatapiania się w zapachu i smaku?

Bo wiecie, bo z tym jedzeniem to jest tak, że ja mam z nim problem odwieczny. Wciskam w siebie te liście salaty z oliwą i powtarzam razy milion, że to dobre i och i ach i przecież dupa mi po tym nie rośnie. I odganiam te myśli o mamusiowym gulaszu, o leniwych z cukrem i śmietaną albo prawdziwym porządnym serniku. Wszystkich, którzy nazywają ciasto z kaszy jaglanej bez cukru sernikiem mam chęć zaprosić na taki prawdziwy porządny serniczek, z nabiałem, laktozą, cukrem i jeszcze pyszną polewą na dodatek.

Bo z tym jedzeniem to jest tak, że ono nie tylko żołądek nam napełnia. Ono łechce wszystkie zmysły nasze. I węch i wzrok i poczucie estetyki. O ile latem, mogę karmić rodzinę lekkimi sałatkami, chłodnikiem i pieczonymi warzywami z jogurtem, to jesienią muszę tych małych ludzi zaspokoić czymś bardziej treściwym. Bo kiedy pizga na dworze, kiedy mróz szczypie w uszy, kiedy deszcz przemoczył kurtkę i buty to jedzenie przestaje tylko napełniać nam żołądki. To jedzenie nas rozgrzewa, uspokaja, pozwala poczuć się komfortowo, przytula niejako. To zapach, który przywołuje męża jeszcze przed przekroczeniem progu domu, to smak, który dzieci zapamiętują na zawsze, to kolory, które nas rozgrzewają, poprawiają humor i wywołują uśmiech na twarzy.

Bo z tym jedzeniem to jest tak, że ja je po prostu lubię. Mam takie dania, które zawsze poprawią mi humor. Mam tez takie, z którymi wiążą się wspomnienia – takie lubię najbardziej. Choć z kuchni mojej mamy nie przejęłam zbyt wiele. Na ogół jadamy zdecydowanie inaczej niż w moim domu rodzinnym. Mam jednak kilka takich niezawodnych klasyków mamusiowych, które i moje dzieci uwielbiają. Jednym z nich jest właśnie gulasz. Nie, nie taki w postaci zupy, po węgiersku czy z ostrą papryczką. Takich się u nas nigdy nie przyrządzało. Nigdy też moja mama gulaszu nie robiła z wołowiny. Ta zarezerwowana była do zrazów staropolskich z ogórkiem i cebulką. Gulasz w moim domu to od zawsze było mięso w sosie z dodatkiem warzyw takich, które aktualnie zapełniały lodówkę. Zawsze była marchewka i domowe ogórki kiszone. Czasami pojawiała się papryka, czasami pieczarki. Niezmiennie jednak był to sos nie zupa. I dziś właśnie, kiedy pogoda we wrześniu rozpieszcza nas wiatrem, deszczem i listopadową aurą i w mojej kuchni taki gulasz się pojawia.

comfort food

Tradycyjny gulasz mojej mamy

około 500gr mięsa wieprzowego pokrojonego w kostkę.

2 duże cebule pokrojone niezbyt drobno

3-4 marchewki

kilka dużych ogórków kiszonych

opcjonalnie papryka/pieczarki

około 1 litra bulionu warzywnego ( od biedy może być i woda, tylko wówczas trzeba ją przyprawić bardziej)

sól, pieprz, papryka w proszku słodka, papryka wędzona, majeranek,

Na niewielkiej ilości tłuszczu przesmażam cebulę. dodaję mięso, doprawiam duża ilością przypraw. Jak mięso się zamknie (zmieni kolor) i przyrumieni się zalewam je bulionem warzywnym. Dorzucam 3-4 liście laurowe i kilka ziarenek ziela angielskiego. Duszę w garnku około godziny na wolnym ogniu. Warzywa kroję w większą kostkę. Po godzinie dodaję marchew i ogórki (i jeśli używacie to też pieczarki). i tak wolno gotuje około 40minut do godziny, aż mięso i warzywa będą całkiem miękkie. Sos zagęszczam 1 łyżką mąki ziemniaczanej (możecie pominąć ten etap jeśli nie chcecie zagęszczać sosu, lub też zmiksować część warzyw z bulionem).  Gulasz obficie posypuję natką pietruszki, co to ją dzieci później godzinę wygrzebują z talerza. Gulasz zawsze jemy gorący, z ulubionymi dodatkami. U nas obowiązkowo kasza gryczana prażona, u mojej mamy gotowane ziemniaki a u Was niech będzie to co sami lubicie najbardziej.

Taki posiłek ma jeszcze jedną zaletę, można go odgrzewać do woli, więc jak nagotujecie raz porządny gar to śmiało macie obiad na dwa dni a resztę spokojnie możecie mrozić i rozmrażać bez większego uszczerbku na smaku.