Nowy rozdział

I poszła…moja mała dorosła córeczka. Odprowadziłam ją za rękę do drzwi i patrzyłam jak znika w klasie. Usiadła w ławce obok obcych jej póki co dziewczynek. Na jej buzi stres mieszał się z radością. W sali nie ma kolorowych zabawek. Na ścianach zamiast bajkowych postaci wiszą plakaty z liczbami i literami a na środku duża tablica. Zamiast stoliczków są szkolne ławki a na półkach miejsca na szkolne wyprawki dzieciaków. Patrzyłam jeszcze przez chwilę na nią i duma mieszała się ze smutkiem. Nie wiem kiedy ona tak urosła. Jak dziś pamiętam ostatnie dni ciąży, kiedy nie mogłam się jej doczekać. Całymi dniami zastanawiałam się jak będzie wyglądać, jakie będzie miała oczy, czy będzie długo spała czy raczej budziła się co chwilę. Snułam plany o wspólnych rodzinnych piknikach i długich jesiennych spacerach, o wspólnym pieczeniu zimowych pierniczków i ozdabianiu pisanek na Wielkanoc. Zastanawiałam się czy pójdzie do przedszkola, czy może dłużej zostanie w domu.

A dziś…dziś za nami czasy żłobka. Pamiętam kiedy ją wyrzucono z jednego z prywatnych żłobków w Toruniu. Byłam załamana, że tak źle wybrałam placówkę, że zawaliłam już na samym początku. Całe szczęście, że trafiliśmy później na najcudowniejsze miejsce w mieście i to tam i ja i Nina oswajałyśmy się z nową sytuacją. To tam zaczęłam ufać, że ciocie żłobkowe zajmą się dobrze moim dzieckiem. To tam też zobaczyłam jak świetnie moja córeczka radzi sobie bez mamy.

Przedszkole – czas, w którym moja mała dziewczynka zmieniała się niemal z dnia na dzień. To wszystko działo się tak szybko. Wczoraj mówiła pojedyncze słowa a dziś nawijała pełnymi zdaniami. Każdego dnia przynosiła do domu nowe piosenki i wierszyki. Poznawała nowe koleżanki i kolejne panie opiekunki. Pamiętam jak spędzałyśmy długie wieczory przy książeczce z „Klubu przyjaciół Myszki Mickey” i do znudzenia liczyłyśmy ile bananów przyniósł Goofy a ile jabłuszek ma Donald. Dziś moje dziecko zasypuje mnie takimi działaniami matematycznymi, że sama przez moment głowię się nad wynikiem. Tak niedawno walczyłyśmy z pierwszymi krzywymi szlaczkami w przedszkolnych ćwiczeniach. Dziś Nina pięknie pisze coraz dłuższe opowiadania, urodzinowe życzenia na laurkach i co rusz testuje naszą znajomość ortografii. Coraz rzadziej prosi o przeczytanie jej bajki na dobranoc a coraz częściej zakopuje się sama z książką pod kołdrą. Z każdej jej nowej umiejętności jestem mega dumna. Przecież nie mogłam się doczekać kiedy zacznie chodzić, odliczałam dni kiedy wypowie pierwsze „mama” i kiedy pierwszy raz sama pojedzie na rowerze. Wielokrotnie padnięta na pysk po ciężkim dniu w pracy odliczałam minuty aż zaśnie nie mając sił na czytanie książeczek. Marzyłam o czasie dla siebie, kiedy sama zajmie się kolorowaniem czy choćby układaniem klocków. Dziś pękam z dumy kiedy na nią patrzę. Jest samodzielna, mądra i tak wiele potrafi. Skąd więc ten smutek w serduchu? Skąd ta łza w oku? Skąd to dziwne uczucie w środku?

Dziś tak realnie czuję, że ten czas już nie wróci. Już nigdy przecież nie będziemy liczyć bananów w książce, nie będziemy poznawać pierwszych literek ani pokazywać gdzie misiu ma robić siku i dlaczego misiowe majtki to nie jest najlepsze miejsce. Z dzieciństwem naszych dzieci jest trochę jak z Bożym Narodzeniem. Najfajniejszy jest czas oczekiwania. Na pierwsze siłowo, pierwszy krok, na przedszkole i czas kiedy w końcu zajmą się same sobą choć przez sekundę. Różnica jest taka, że Boże Narodzenie minie ale za rok będzie kolejne a nasze dzieci małe są tylko jeden jedyny raz w życiu. Każdy dzień jest właściwie jak urodziny, tylko raz taki sam. Nie da się nadrobić czasu. Jasne, przed nami nowe wyzwania, kolejne wspólne przygody, całkiem inne, dojrzalsze rozmowy. Przed nami wspólne dziewczyńskie zakupy, pierwsze miłości, pierwsze kolonie. To nie tak, że teraz usiądę i będę płakać nad straconym czasem, bo ten czas nie był stracony. W każdej minucie starałam się na ile starczało sił. Czerpałam radość z każdej wspólnej chwili. Robiłam co mogłam, żeby przygotować ją na ten czas.

Szkoła to całkowicie coś nowego. Ona nie jest już tylko moją maleńką córeczka.  Za chwilę minuty spędzone z mamą będzie wymieniać na wspólne chwile z koleżankami. Chłonę więc jeszcze bardziej niż dotychczas każdy kolejny dzień. Przytulam jeszcze mocniej każdego wieczora, kiedy to hulający za oknem wiatr jeszcze straszy. Całuję jeszcze bardziej gorliwie każde otarcie i stłuczone kolano, bo wiem, że pozostało ich już niewiele. Pozwalam częściej przychodzić do łóżka rodziców niż kiedyś. Coraz więcej we mnie pobłażliwej matki niż twardego żandarma. Celebruję każde wspólne śniadanie i rodzinny spacer. W dupie mam wszystkie rodzicielskie teorie, które każą mi robić to a zakazują robić coś innego. Kieruję się matczyną intuicją i wiem, że to nam wystarczy. Dziś chcę każdą z chwil zatrzymać na jeszcze dłużej.

Chyba wcześniej tak nie miałam. Tzn wiedziałam przecież, że czas ucieka i nawet przyznam, że raczej pogodzona jestem z przemijaniem. Nie złoszczę się na koniec lata czy na kolejną zmarszczkę na czole. Nie żyję wspomnieniami i nie chciałabym cofnąć się w czasie. Ale fakt, że moje dziecko dorośleje chyba mnie trochę hmm.. zaskoczył? Bo to jest jakoś tak, że pojedyncze dni się dłużą ale lata mijają jak szalone.

Jako matka czuję przez skórę, że wraz z pierwszym a raczej czwartym września zmieniło się u nas więcej niż nam się mogło wydawać. Wkroczyliśmy w nowy rodzaj rodzicielstwa. Za chwilę czekają nas dni z wiecznym fochem, być może będziemy tymi wrednymi rodzicami co to się przecież z choinki urwali i w ogóle to co oni o życiu w szkole wiedzą. Przeraża mnie to tyle samo ileż fascynuje. I tylko czasami tęsknię za tą moją maleńką słodką córeńką. Całuję jej brzoskwiniowe policzki już nie takie dziecięce ale też jeszcze nie całkiem dorosłe, zatapiam się w zapachu jej włosów i słucham tych śmiesznych dziecięcych opowieści. Łapię każda minute z moją małą dziewczynką zanim zaskoczy mnie całkiem dorosła nastolatka.

nowy rozdział

nowy rozdział

nowy rozdział,

  • Szkoła to inny świat! Ja była tak zestresowana pierwszą klasą, że az strach myśleć. Zwłaszcza, że moja maleńka ( w moich oczach) córeczka, dojeżdża do tej szkoły autobusem wraz z innymi dziećmi. Wyobraź sobie moje łzy w oczach kiedy moja sześcioletnia księżniczka znikała w tym autobusie…..teraz już czyta samodzielnie i nawet to rzadko robimy razem….Dzieci nam za szybko dorastają!

    • PiernikowaJ

      ja wciąż pozostaję wystraszona trochę. Boję się czy Nina odnajdzie się w klasie. Jak na razie jest rożnie z tym u nas:/

  • udomowiona

    Tak pięknie to napisałaś, że az się wzruszyłam.

    • Dziękuję 🙂 sama też się mocno wzruszam 🙂