Śniadaniowa rozpusta!

Rozmyślając nad dietą mojego dzieciństwa mogłabym nieśmiało rzec, że rodzice dość mocno zaniedbywali tę sferę mojego rozwoju. Nie… spokojnie, nikt mnie nie głodził, nie żyłam o suchym chlebie i wodzie ani też nie jadłam tylko ziemniaków. Mama dbała o nasze posiłki. Domowy obiad był częściej niż w moim osobistym dorosłym domu a i deserek przysługiwał nam niemal każdego dnia. Nie pamiętam za to testów na nietolerancję laktozy, o glutenie moja mama też chyba raczej nie myślała zbyt wiele. Nikt nie pilnował czy zjadłam odpowiednią ilość owoców i warzyw, nie liczył mi kalorii ani ilości węglowodanów w diecie. Gdy bolał mnie brzuch babcia dawała mi krople żołądkowe i nikomu chyba nawet do głowy nie przyszło coś takiego jak „nietolerancja pokarmowa”. Nie mówię, że to było dobre, nie mam tez jednak żalu do nikogo, Ani do babci za te krople podawane na łyżeczce cukru, ani do taty za sztuczny kisiel w zupie wiśniowej (do dziś pamiętam ten obiad jakby był wczoraj – przepyszny!) ani do mamy za te wszystkie zabielane zupy i panierowane kotlety na smalcu usmażone. (żeby nie było takim ze świni, nie z ekologicznej fasoli).

Dziś jestem jednak jedną z tych mam, które to na przedszkolnym zebraniu domagają się owocowych koktajli, pokrojonych warzyw i wyrzucenia słodyczy z jadłospisu. Dziś jestem tą matką co czyta etykiety na serkach, tfu na jogurtach naturalnych bez mleka w proszku i to tylko od czasu do czasu, bo jak wiemy nabiał nikomu dobrze nie robi. Dziś sama liczę ile porcji warzyw i owoców zjadło moje dziecko. Sen z powiek spędza mi myśl jak tu kaszę jaglaną przemycić moim latoroślom i jak nakłonić je do wypicia zielonego smoothie. Kilka razy w tygodniu szukam nowych przepisów na ciasto z buraka czy innej soczewicy, odnajduję kolejną recepturę na orkiszowe naleśniki i przygotowuję zdrowe pudełeczka z owocami. Tak, jestem ta matką co to jej metkę „eko-sreko” przykleili już jakiś czas temu. Nie przeszkadza mi to wcale, bo i w nosie mam co kto o mnie myśli. Mam swoją wiedzę i swoje przekonania w tym temacie żadna metka tego nie zmieni. Wyznaję zasadę „jesteś tym co jesz”. Ale jednak przy tym całym ześwirowaniu na punkcie eko i bio z rozrzewnieniem wspominam tą zupę zabielaną, te schabowe mojej mamy i leniwe z cukrem i tłustą kremówką. Nie oszalałam do końca. I choć w wielu dziedzinach życia mego trudno o balans, tak w żywieniu dzieci idzie mi chyba coraz lepiej. Nie powiem, żeby mój uśmiech nie był coraz szerszy wraz z każdym kolejnym liściem szpinaku wciągniętym przez Ninę, jednak wiem, że czasami można rozpieszczać i siebie i dzieci. Nikt z nas nie umrze od kostki czekolady, nasze dziecko nie będzie otyłe od jednej porcji frytek w miesiącu a my sami nie pójdziemy do piekła przez tę pizze zamówioną na wspólny obiad.

Czytałam te wszystkie poradniki, te książki o zarządzaniu cukrem w diecie. Wiem, że jedzenia nie można używać jako nagrody czy zajadać stresu. Znam cała tą teorię. A praktyka ?… cóż…przyznajmy szczerze, ile kostek czekolady/pudełek lodów/paczek popcornu wciągnęłyśmy w trakcie tych dni czy po kolejnym zawodzie miłosnym? Ile razy po stresującym dniu wyskoczyłyśmy na kawę i ciasto z koleżanką do ulubionej kawiarni? Wszyscy wiemy, że są takie dni kiedy to właśnie kawałek ciasta łagodzi wszystkie smutki. Czasami nawet ta matka „eko-sreko” rozpieszcza dziecięcia swoje ( i siebie przy okazji). Bezczelnie dorzuca czekolady do śniadania (SERIO! DO ŚNIADANIA!!), sięga po białą męką i co gorsza szczyci się tym na blogu! Wstyd i hańba – ale jaki pyszny!!

Jeśli tak jak ja czasami zarządzacie dzień rozpusty koniecznie musicie spróbowac. Idealne na zbliżający się DZIEŃ DZIECKA, na sobotnie śniadanie czy jako deser. Kombinowałam dluuugo zanim doszłam do idealnego przepisu. I oto są! Najlepsze jakie jadłam!

Czekoladowe pankejki (lub pancakes jak kogoś spolszczenie razi po oczach 😉

1,5 szklanki mąki (dałam szklankę pszennej i pół szklanki orkiszowej – jak na eko sreko przystało, pszennej w domu nie uświadczysz zbyt wiele)

2 jajka

szklanka mleka (lub troszkę więcej. Ciasto powinno mieć konsystencję jogurtu)

1-2 łyżki oleju

pół łyżeczki soli,

1 łyżeczka kakao (można pominąć)

1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia

jeśli chcecie żeby pankejki były słodkim deserem możecie dodać 2 łyżki cukru (bez też jest ok, ale mniej słodkie),

około pół szklanki pokruszonej czekolady – ja lubię z deserową, dzieci wola mleczną. Tym razem zutylizowałam samotnego zająca Wielkanocnego z Lindt.

Wszystko poza czekoladą zmiksować na gładką masę. Dodać pokruszoną czekoladę i wymieszać. Smażymy na suchej patelni. Przewracamy na drugą stronę gdy pojawią się pęcherzyki.

Z przepisu wychodzi około 22-25 małych placuszków.

Dzieciaki wcinają łapkami, rodzice ze zmiksowanymi malinami. Możesz podać z jogurtem naturalnym, truskawkami albo bez niczego.

 

 

PS. chciałam Wam pokazać ładne zdjęcia. Na prawdę bardzo chciałam. Kiedy jednak skończyłam smażenie na talerzu zostało już tylko tyle. Tak na otarcie łez i dla zaspokojenia pierwszego matczynego głodu. A do wpisu zostały mi oszałamiające 4 fotki.

 

 

  • Justpoint Ofview

    Pychaa! Uwielbiam! 🙂

  • No takie śniadanie to i ja bym zjadła 🙂

    • PiernikowaJ

      dzień dziecka niebawem. polecam 😉 robi się je szybko a smaży.. no cóż, zależy od wielkości patelni 🙂 moje pochłaniały jedną porcję zanim zdązyłam usmażyć kolejną

  • Może zamiast cukru, do wersji deserowej, warto dodać pogniecionego banana? 🙂

    • PiernikowaJ

      banan zmieni konsystencję ciasta. Zresztą jak i tak dodaje sie czekoladę mleczną tyo jest juz słodkie

  • Moje dziecię je pokocha!

    • PiernikowaJ

      moje uwielbiają 🙂 u nas sobota to zawsze pankejkowe sniadanie. Przepisów na pnakejki przetestowałam już miliony chyba 😉